Mistrz ciętej riposty Wojciech Cejrowski rozsmarował Krzysztofa Mieszkowskiego z Nowoczesnej W programie Warto rozmawiaćPoker facePOLECANE:https://youtu.be/F
Kim byli rodzice Michaela Jacksona? Ojcem Michaela Jacksona był Joseph Jackson, a matką Katherine Jackson. Joe Jackson stał się niesławny, ponieważ niektóre z jego dzieci, a mianowicie Michael, twierdziły, że był obraźliwy i dominujący w kontaktach z zespołem.
Data utworzenia: 26 listopada 2018, 10:44. Znany prezenter telewizyjny wychowywał się w rozbitej rodzinie. Jego rodzice rozwiedli się, kiedy Krzysiek miał zaledwie 4 latka. W "Dobrym Tygodniu" gwiazdor wspomina swoje dzieciństwo, które dzielił między dwa domy. Rodzice Krzysztofa, Mirosława i Władysław rozwiedli się, kiedy ich syn
Kawiaq i jego kolega zatrzymani przez policję w Polsce. (Policja Śląska) patostream policja youtuberzy zatrzymanie. Policjanci z wydziału kryminalnego katowickiej komendy wojewódzkiej zatrzymali dwóch 18-latków. To Marcin F. znany jako Kawiaq i jego kolega Bartłomiej K., którzy nagrywali półnagą pijaną dziewczynę.
Kim byli rodzice Feliksa? 2. Jaki przedmiot podarował Feliks babci na święta i opisz jego historię? 3. Czym zajmował się Gang Niewidzialnych Ludzi i kto wchodził w jego skład? 4. Opisz historię Niki, gdy zgubiła się w górach, zjeżdżając na nartach. 5. W jaki sposób Nika spowodowała ruch robota na Marsie? 6.
Ewa Skibińska o poznaniu Krzysztofa Mieszkowskiego. Nie chcieli ślubu. To była pierwsza poważna i wielka miłość aktorki. Poznali się, gdy jeszcze studiowali. Środek lata, plaża, polskie morze. „Był wcieleniem mojego ideału: rycerz z bajek Szancera w białym lnianym ubraniu, z długimi blond włosami, czerwonym sznureczkiem na szyi.
mwL2k. Krzysztof Mieszkowski fot. PAP/Radek Pietruszka REKLAMA Krzysztofa Mieszkowski, reprezentujący Polskę jako delegat do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, jako jedyny z Polaków zagłosował za przywróceniem przywróceniem Rosji głosu. Teraz tłumaczy się w dziecinny sposób. Mieszkowski, który do delegacji trafił na początku tego roku jako poseł PO-KO, napisał na swoim koncie na Twitterze krótkie wyjaśnienie dotyczące feralnego głosowania. REKLAMA Fanatyczny lewicowiec tłumaczy się w dziecinny sposób. Zasłania się pomyłką i dużą ilością głosowanych tego dnia poprawek. – Ostatnie moje głosowanie w sprawie ponownego przyjęcia Rosji do Rady Europy jest rezultatem technicznej pomyłki. – napisał Mieszkowski. Poseł PO-KO zapowiedział także wygłoszenie oświadczenia prostującego pomyłkę. Poseł Mieszkowski prawdopodobnie nie zdaje sobie sprawy, że taka pomyłka jest nie mniej dyskredytująca niż głosowanie za przywróceniem Rosji głosu na Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy i świadczy o tym, że niepoważnie podchodzi do wykonywanych obowiązków, co powinno zamykać mu drogę do jakichkolwiek publicznych stanowisk. Ostatnie moje głosowanie w sprawie ponownego przyjęcia Rosji do Rady Europy jest rezultatem technicznej dwieście poprawek głosowałem razem z polską delegacją i posłami Ukrainy. Dzisiaj na sesji popołudniowej wygłoszę oświadczenie prostujące pomyłkę. — KrzysztofMieszkowski (@K_Mieszkowski) 25 czerwca 2019 REKLAMA
Reżyser Krystian Lupa, były dyrektor literacki Piotr Rudzki, a teraz były dyrektor Krzysztof Mieszkowski. Każdy z nich z niepokojem przygląda się sytuacji w Teatrze Polskim i prosi zarząd województwa, aby nie dopuścił do ostatecznego upadku wybitej ich zdaniem instytucji kultury. Krzysztof Mieszkowski, były dyrektor Teatru Polskiego, który zdaniem jego zwolenników walnie przyczynił się do uznania sceny wrocławskiego teatru za jedną z najbardziej ambitnych i najlepszych w kraju, a który zdaniem jego przeciwników wpędził teatr w kłopoty finansowe i naraził go na skandale związane z kontrowersyjnymi produkcjami (np. „Śmierć i dziewczyna”), napisał otwarty list do ministra kultury, Piotra Glińskiego, marszałka województwa dolnośląskiego, Cezarego Przybylskiego, oraz do prezydenta Wrocławia, Rafała Dutkiewicza. Poseł Nowoczesnej i wiceprzewodniczący komisji kultury twierdzi, że decyzja o powołaniu na stanowisko Cezarego Morawskiego unicestwiła wizytówkę Wrocławia, jaką był Teatr Polski. Mieszkowski twierdzi, że zespół artystyczny wysokiej klasy został rozbity przez zwolnienia lub odejścia takich aktorów jak: Anna Ilczuk, Marta Zięba, Michała Opaliński, Ewa Skibińska, Piotr Skiba, Marcin Pempuś czy Andrzej Szeremeta. Jego zdaniem zatrudnieni na ich miejsce zastępcy grają po prostu w innej teatralnej lidze. Ubolewa, że autorskie spektakle takie jak „Dziady”, wystawiane w całości, wielokrotnie nagradzana zagranicą „Wycinka”, czy wreszcie „Sprawa Dantona” zniknęły z afisza, zastąpione przez spektakle wystawiane w ramach sceny impresaryjnej, takie jak „Edukacja Rity” czy „Na pełnym morzu”, czyli sztuki znane publiczności z innych teatrów. Sztuki, których formę przedstawienia można porównać do muzycznych dyrektor przypomina także, że zespół nie pojedzie na międzynarodowy festiwal teatralny na Węgry. Zaznacza, że o mały włos wyjazd na festiwale do Kanady także nie doszedł do skutku, z powodu zwolnienia pierwszoplanowych aktorów „Wycinki”.Mieszkowski prosi, aby władze województwa podjęły działania umożliwiające odbudowanie artystycznej rangi Teatru cały list posła Mieszkowskiego:Szanowni Państwo!Z wielkim niepokojem śledzę doniesienia o pogłębiającym się kryzysie w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Na skutek nieodpowiedzialnej decyzji o powołaniu na stanowisko dyrektora Cezarego Morawskiego Teatr, który był artystyczną wizytówką Wrocławia, Dolnego Śląska i Polski został zespół aktorski będący jego największą siłą a dotychczasowy repertuar zastąpiono spektaklami słabymi i wtórnymi. Zwolniono aktorów współtworzących Wycinkę w reżyserii Krystiana Lupy – przedstawienie rozsławione w świecie, będące pierwszym polskim spektaklem w historii, który inaugurował festiwal teatralny w z kontynuowania cyklicznych projektów edukacyjnych, czytań i zaangażowanych społecznie debat realizowanych pro publico bono. W Teatrze nie są już prezentowane najważniejsze polskie przedstawienia ostatniej dekady. Nie został ślad po Dziadach w reżyserii Michała Zadary wystawionych po raz pierwszy bez skrótów i skreśleń przy zawsze wypełnionej po brzegi bieżącym repertuarze próżno szukać także Sprawy Dantona w reżyserii Jana Klaty, przedstawień Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego czy Kronosu Krzysztofa Garbaczewskiego – spektakli należących już do kanonu, wzbudzających często skrajne emocje, na których zbudowano przymierze z publicznością, prawdziwie demokratyczną społeczność. Jeden z najczęściej wyjeżdżających na międzynarodowe festiwale do Paryża, Tokio, Buenos Aires, Pekinu, Madrytu, Seulu, Petersburga, Berlina, Moskwy Teatr stał się ofiarą indolencji, z jaką realizowana jest polityka kulturalna w naszym kraju. Podzielił los zniszczonych w stanie wojennym Teatru Dramatycznego w Warszawie kierowanego z sukcesem przez Gustawa Holoubka i Teatru Współczesnego we Wrocławiu pod kierownictwem Kazimierza Brauna. Próbowano nie dopuścić do przynoszących korzyści wizerunkowe i finansowe, zaplanowanych wyjazdów do Montrealu i Quebecu. Odwołano wyjazd do teatr dramatyczny w ciągu kilku zaledwie miesięcy zmieniono w nieudolną scenę impresaryjną, gdzie niewielu szuka a nikt nie znajduje tego, co jeszcze w ubiegłym sezonie wyróżniało Teatr Polski – bezkompromisowego przekazu, twórczego poszukiwania, otwartości na nowe i inne. Zniszczono przestrzeń kształtowania idei i polemiki ze obliczu wszystkich tych wydarzeń i niedopuszczalnych w teatrze publicznym praktyk, pamiętając jednocześnie o 70-letnim wspaniałym dorobku instytucji, jako były dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu i wierny jego widz oczekuję od Państwa powzięcia konkretnych działań, umożliwiających odbudowanie artystycznej rangi instytucji i przywrócenie artystom i publiczności warunków do swobodnego korzystania z gwarantowanych Konstytucją bierna postawa decydentów wszystkich szczebli wobec artystycznej degradacji największej ze scen Dolnego Śląska świadczyć będzie jedynie o braku także politycznej wyobraźni, a co za tym idzie niezrozumienia roli Teatru w kształtowaniu społecznej Mieszkowski
Data utworzenia: 9 lipca 2017, 12:32. Data aktualizacji: 10 lipca 2017, 17:11. Byli parą przez niemal 30 lat, dziś ich związku już nic nie uratuje. Fakt dotarł do informacji o kolejnym rozstaniu w show-biznesie. Ewa Skibińska (54 l.) swoim zachowaniem tak zniechęciła do siebie partnera, że ją rzucił. Ewa Skibińska z partnerem Foto: AKPA Poseł .Nowoczesnej Krzysztof Mieszkowski (61 l.) i aktorka znana z serialu „Barwy szczęścia”, ale też z kontrowersyjnych rozbieranych ról w teatrze już od pewnego czasu zaczęli się mijać. – Prawdziwe kłopoty zaczęły się rok temu, gdy Krzysztof stracił pracę dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu i bez reszty zatracił się w polityce. Bardzo się wówczas z Ewą oddalili – mówi informator Faktu. Kością niezgody stała się także kariera aktorki. Skibińska regularnie pokazywała się nago na scenie teatru. Jej parter długo zaciskał zęby, ale ostatnio dał upust swojej frustracji. – Niedawno miała premierę sztuka, w której Ewa znów się rozbiera. Tym razem u boku młodego aktora. Jej nagość często była przyczyną nieporozumień. Krzysztof uważa, że kobieta w tym wieku powinna się już powstrzymywać – słyszymy. Znajomi nie widzą już ratunku dla związku aktorki i posła. – Oboje są uparci. By naprawić relacje, musieliby zrezygnować z pracy, a tak się nie stanie. Poza tym Ewa opuściła już Wrocław, gdzie razem mieszkali. Teraz przebywa głównie w Warszawie – zdradza nasz informator. Skibińska kipi seksem Zobacz także Mroczny sekret seksbomby /12 Ewa Skibińska z partnerem AKPA Ewa Skibińska i Krzysztof Mieszkowski się rozstali /12 Ewa Skibińska Maciej Kulczyński / PAP Ewa Skibińska kipi seksem /12 Krzysztof Mieszkowski Natalia Dobryszycka / East News Krzysztof Mieszkowski jest znowu singlem /12 Ewa Skibińska Maciej Kulczyński / PAP Ewa Skibińska jest singielką /12 Krzysztof Mieszkowski Jacek Herok / Krzysztof Mieszkowski zostawił Ewę Skibińską /12 Ewa Skibińska Polfilm / East News Ewa Skibińska lubi się rozbierać /12 Ewa Skibińska Polfilm / East News Ewa Skibińska lubi się rozbierać /12 Ewa Skibińska Michał Pieściuk / Ewa Skibińska jest do wzięcia /12 Ewa Skibińska Kapif Ewa Skibińska opuściła Wrocław /12 Ewa Skibińska Kapif Ewa Skibińska zamieszkała sama /12 Krzysztof Mieszkowski Damian Burzykowski / Krzysztof Mieszkowski poświęcił się teraz życiu politycznemu /12 Ewa Skibińska Kapif Ewa Skibińska mieszka teraz w Warszawie Masz ciekawy temat? Napisz do nas list! Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Wszystkie historie znajdziecie tutaj. Napisz list do redakcji: List do redakcji Podziel się tym artykułem:
Pamięć o tym arystokratycznym rodzie, który przez kilka stuleci silnie zaznaczał swą obecność na Górnym Śląsku i małopolskim pograniczu, niemal zupełnie się zatarła. To musi dziwić, wszak była to jedna z nielicznych wielkich familii o korzeniach polskich. O niemieckich rodach wiemy dziś więcej. Ale nie doszukujmy się od razu jakichś podtekstów politycznych. Po prostu - tacy Ballestremowie czy Donnersmarckowie żyli na Górnym Śląsku nieledwie "wczoraj". Mieroszewscy zaś zniknęli. W XX wieku już ich tutaj nie było. Czy to tłumaczy naszą zbiorową amnezję? Cóż, w PRL niewiele mówiło się o arystokracji i jej wkładzie w cywilizacyjne dziedzictwo Polski i Górnego Śląska. Do dziś nie zdążyliśmy odrobić tych zaległości, choć w paru miejscach wydobyto i wyakcentowano dziedzictwo materialne i duchowe Mieroszewskich. Zdobne epitafia odnajdziemy w dawnym kościele parafialnym pw. NMP w Mysłowicach. Jakieś też ślady w ciągle zagrożonym zagładą pałacu siemianowickim, pełną zaś świetność w parku i pałacu w Gzichowie (dziś to dzielnica Będzina), no, i trochę dalej - w Ojcowskim Parku Narodowym, w Pieskowej miejsc jest zresztą więcej. A gdzie odszukamy potomków? Rozsypali się po świecie. Jako ród arystokratyczny właściwie się rozpadli. Najbardziej znaną postacią spośród dziedziców "tych Mieroszewskich" był Juliusz, jeden z najbliższych przyjaciół i współpracowników legendarnego Jerzego Giedroycia. Juliusz Mieroszewski przeszedł do historii żurnalistyki i piśmiennictwa politycznego przede wszystkim jako Londyńczyk - tak podpisywał większość swych znakomitych tekstów w paryskiej "Kulturze".Arkadiusz Kuzio-Podrucki, autor skromnej, ale solidnej monografii o Mieroszewskich, napisał: "Najważniejszym miastem wśród ich śląskich dóbr były Mysłowice, stolica ich ordynacji rodowej. Najsławniejszym jednak Katowice. Prawie połowa terenów dzisiejszej stolicy województwa śląskiego przez ponad dwieście lata była własnością rodziny Mieroszewskich".Chciałoby się dopowiedzieć: to wystarczający powód, by o tej rodzinie pamiętać. Choć odnajdziemy w niej postacie nie tylko światłe i zasłużone, ale także malowniczych utracjuszy. Aleksander - VI i ostatni ordynat mysłowicki - mimo, że ostro inwestował w raczkujący przemysł górnośląski, marnie skończył. Chcąc dorównać Potockim, roztrwonił majątek, a jego resztki sprzedał Wincklerom. Ci zaś wiedzieli, co z nim zrobić i jak go pomnożyć. Dopiero w roku 1945 im go o godz. w chorzowskim Teatrze Rozrywki rozpocznie się wieczór z cyklu "Górny Śląsk - świat najmniejszy", zatytułowany "Prawdziwa historia Mieroszewskich". Gośćmi Krzysztofa Karwata będą: Arkadiusz Kuzio-Podrucki - historyk zajmujący się dziejami śląskiej szlachty oraz Jarosław Krajniewski - historyk i kustosz. Dwa podwójne zaproszenia czekają na Czytelników, którzy zadzwonią do Biura Obsługi Widzów: (32) 346 19 31 do 3 lub (32) 346 19 49.
Urodziła się sześć tygodni po egzekucji. Twarz ojca zna z dwóch zdjęć – ślubnej fotografii i zdjęcia z lasu. Koledzy z celi śmierci – wykonując ostatnią prośbę Tadeusza Leśnikowskiego – przekazali, że chciał, by żona wiedziała, iż bardzo ich kocha. Matkę oraz dziecko, które jeszcze nie przyszło na świat. Nie mógł wiedzieć, że będzie oprawców otrzymał propozycję: współpraca za życie. W celi dyskutowano, czy podpis złożony w takich okolicznościach do czegoś zobowiązuje. Por. AK Tadeusz Leśnikowski – w czasie wojny szef łączności Rejonu III „Dęby" VII Obwodu Warszawa „Obroża" – propozycji nie przyjął. Jak tłumaczył, nawet gdyby lojalkę podpisał, i tak by go Leśnikowska mówi dziś: – Gdyby ojciec żył, byłabym innym człowiekiem. Nigdy nie szłam z nim za rękę, nie widziałam, jak na mnie patrzy, jak się uśmiecha. Ale czułam, że zawsze był ze mną. Wskazywał drogę, jak żyć w prawdzie, zgodnie z podstawowymi zasadami dekalogu. I to największy dar, jakim mnie obdarzył. Skazani na zapomnienie Prace ekshumacyjne na powązkowskiej Łączce ruszyły latem. Od rodzin około 300 osób zamordowanych w więzieniu na Mokotowie pobrano ślinę do badań DNA. Zakład w Szczecinie ma się zająć identyfikacją ciał bezimiennych ofiar wrzucanych do dołów na Powązkach. Wraz z postępem prac w rodzinach bohaterów – których komuniści skazali nie tylko na śmierć, ale i na zapomnienie – ożywają nadzieje na odnalezienie bliskich. Zorganizowanie im po 60 latach godnych pochówków. Złożenie w prawdziwych grobach. – Wiele osób z naszego środowiska jest już zmęczonych. Żadne postulaty, które stawialiśmy przed Rzecząpospolitą, nie zostały spełnione. Winni nie zostali ukarani, nie doczekaliśmy się dotychczas pogrzebów – Witold Mieszkowski nie kryje goryczy. Rodziny same musiały zorganizować postawienie na Łączce symbolicznej tablicy. Miał 12 lat, kiedy widział ojca po raz ostatni. Choć urodził się w 1938 r., pierwsze wspomnienia komandora Stanisława Mieszkowskiego ma dopiero z roku 1945. Był jedynakiem, wraz z matką przeżył powstanie warszawskie. Gdy skończyła się wojna, ojciec – oficer marynarki wojennej, w kampanii wrześniowej dowódca baterii dział na Półwyspie Helskim – wrócił z oflagu. Bardzo nie chciał powrotu do nowej, ludowej armii. Był jednak człowiekiem morza. Podjął pracę cywilną w Głównym Urzędzie Morskim. Został pierwszym kapitanem portu w Kołobrzegu. Do zrujnowanego miasta trafił już w końcu maja 1945 r. Szybko zorganizował w baraku kolejowym kapitanat portu. Po kilku miesiącach sprowadził rodzinę. – Ojciec nie poświęcał mi dużo czasu. Byliśmy wtedy właściwie obcymi sobie ludźmi. Przez całą wojnę nie mieliśmy kontaktu. Wychowanie przez ojca polegało na tym, że cały czas mu się przyglądałem – opowiada Witold Mieszkowski. Prawo i pięść Stanisław Mieszkowski potrafił zaimponować. Gdy w mieście pojawił się fałszywy major, który handlował z Sowietami spirytusem, kapitan najpierw w miarę grzecznie zwrócił mu uwagę, że nie w ten sposób zdobywa się ziemie odzyskane. Kiedy jednak dobre rady nie poskutkowały, przeszedł od słów do czynów. Pewnego ranka wybrał się pod dom szmuglera i ostrzelał mu okno. – Choć ojciec nie pozwolił mi iść ze sobą, ja nie posłuchałem. I widziałem, jak tamten po śniegu z tej swojej willi ucieka w kalesonach. Musiał wiać z miasta – Witold Mieszkowski jeszcze dziś z dumą opowiada o tym wydarzeniu. – Ojca zapamiętałem jako jedynego sprawiedliwego w Kołobrzegu – dodaje. Bo wokół byli pijani Rosjanie w uszatkach, biedni ludzie szabrujący z obłędem w oczach wszystko, co im wpadnie w ręce, i prymitywni PPR-owcy. To Stanisław Mieszkowski, przedwojenny oficer, musiał zatem przemówić na pogrzebie oficera I Armii Wojska Polskiego. Nie było nikogo innego, kto potrafiłby się wysłowić. Jednak kołobrzeskie czasy – z perspektywy czasu właściwie idylliczne – się skończyły. Mieszkowskiego zmobilizowano. Dostał polecenie zorganizowania szkoły oficerskiej. Potem został szefem sztabu, w końcu dowódcą marynarki. Czy zastanawiał się nad swoją przyszłością, gdy ruszyły pierwsze polityczne procesy – w tym jego poprzednika, kontradmirała Adama Mohuczego? Aresztowali go w październikowy poranek 1950 r. Wyszedł z Pazurem, angielskim foksterierem, na spacer. Po paru godzinach Pazur wrócił zdyszany. – Ojca nigdy już nie zobaczyłem – opowiada Mieszkowski. Do dziś ma żal do siebie, że nie towarzyszył matce, gdy UB przyszedł przeszukać dom. – Ponieważ zapowiedzieli, że nie wolno opuszczać mieszkania, ja postawiłem sobie za sprawę honoru, że ucieknę. Poszedłem do szkoły. To był gest chłopca, który nie chce się zgodzić na terror. Ale jednocześnie zostawiłem matkę samą w obliczu zbrodniarzy, którzy mogli sobie pozwolić na wszystko – opowiada. Wojskowe książki o okrętach podwodnych, które komandor „odziedziczył" po Niemcach, zabrali jako dowód rzekomych proniemieckich sympatii. Przy radiu znaleźli kartkę z notatką „Dargard – Ostergard". Syn zapisał w ten sposób zwycięstwo Szwedów w wyścigu kolarskim. – Kiedy kazali matce pokwitować ten świstek, powiedziała: „Nie wiedziałam, że panowie interesują się kolarstwem". W odpowiedzi usłyszała: „My się, proszę pani, wszystkim interesujemy" – wspomina Mieszkowski. W żałobie Moje pierwsze wspomnienie to mama w żałobie. Tonąca w czerni, bo oprócz ubrań w tym kolorze miała jeszcze welon. Wstydziłam się, że mam taką mamę, która wyróżnia się na ulicy. A jak w domu zmieniała to ubranie na szlafrok, to był tylko płacz – mówi Maria Leśnikowska. Są z mamą bardzo zżyte. – Byłam dla niej oparciem. Niczego z przeżyć mi nie oszczędziła. Czy coś rozumiałam, czy też nie. Ale zwykle rozumiałam, bo jak się musi, to się rozumie. Ciągle żyłam w cieniu śmierci. Rodzice byli dopiero półtora roku po ślubie, gdy Tadeusza aresztowano. Por. Leśnikowski nie miał co do nowej władzy złudzeń. Pierwszy raz Rosjanie aresztowali go w 1945 r. i posadzili na Zamku w Lublinie. Trzymali go w celi z wodą. Pamiątką po tym „pobycie" były fioletowe, pogryzione przez szczury nogi. Wtedy udało mu się uciec. – Jak wyszedł z tamtego więzienia, to już wiedział, że nie ma w Polsce czego szukać. Chciał wyjechać. Pomocy szukał jednak u człowieka, który tylko udawał przyjaciela. Tak trafił na Rakowiecką. O tym, że Tadeusz Leśnikowski został aresztowany, żona dowiedziała się po miesiącu, gdy nie wrócił z delegacji, a do drzwi załomotał UB. Przyszli na rewizję. Nie zabrali niczego oprócz zdjęć. Tuż po wojnie młodemu małżeństwu na dorobku można było zabrać tylko wspomnienia. Leśnikowskiemu postawiono trzy zarzuty z małego kodeksu karnego: o zamach stanu, szpiegostwo i próbę obalenia siłą ustroju komunistycznego. Apolonia Leśnikowska dostała od niego jeden list. Że kocha i żeby się nie martwiła. Odmówiono jej widzenia z mężem. Wynajęła adwokata, ale ten nic nie wskórał. Pisała o ułaskawienie. Bierut odmówił i wyrok został wykonany. Ale żona nadal nosiła paczki do więzienia. Dopiero po dwóch miesiącach poinformowali ją, że skazany już nie żyje. Oddali obrączkę i sygnet. Sprawiedliwość socjalistyczna Ojciec Witolda Mieszkowskiego był drugim po komandorze Zbigniewie Przybyszewskim aresztowanym w sprawie tzw. spisku w wojsku. Witold Mieszkowski pamięta matkę próbującą się czegokolwiek dowiedzieć. Najpierw w dowództwie marynarki, potem u rezydenta sowieckiego. Najprawdopodobniej dopiero ten ostatni poinformował ją, że męża aresztowała Informacja Wojskowa. Wstrzymano wypłacenie pensji, zarekwirowano mieszkanie. Ale żadnej oficjalnej informacji nie było. Przybywało za to aresztowanych. Po jakimś czasie matce pozwolono na dwa widzenia. Komandora Mieszkowskiego zamordowano w mokotowskim więzieniu 16 grudnia 1952 r. – Mama nie powiedziała mi o wykonaniu wyroku. Przypuszczam jednak, że wiedziała – zastanawia się pan Witold. To ona podsunęła synowi pomysł spotkania z osławionym prokuratorem Zarakowskim. – Przyjechałem do Warszawy w końcu stycznia 1953 r. Od razu poszedłem do gmachu na rogu Szucha i Koszykowej, w którym urzędował. Powiedział do mnie: „Wyrok został wykonany". A pode mną nogi się ugięły. Zarakowski zapytał: „Czy teraz wierzysz w sprawiedliwość socjalistyczną?". Odpowiedziałem: „Nie wierzę i nigdy nie uwierzę". To była jedyna moja z nim rozmowa – opowiada. Mimo to trzymali się myśli, że Stanisław Mieszkowski żyje. Zwłaszcza po tym, gdy Józef Światło w Wolnej Europie opowiedział, że trzech oficerów marynarki wojennej zostało wywiezionych do Związku Sowieckiego. – To wydało nam się bardzo prawdopodobne, bo karę śmierci utrzymano właśnie na trzech komandorach. Kiedy zaś w momencie rehabilitacji zażądaliśmy protokołu wykonania wyroku, nie było na nim podpisu lekarza. Nie dostaliśmy także żadnych rzeczy ojca – wspomina. Nie było też odpowiedzi na pismo w sprawie ekshumacji. . 1949, 1950, 1951... Mieszkowski nie pamięta, kiedy wśród rodzin oficerów zamordowanych na Rakowieckiej pojawiła się wieść, że ich bliscy są pochowani na Łączce. Początkowo niektórzy – on również – podchodzili do tych szeptanych informacji sceptycznie. – Dopiero po pięciu czy sześciu latach – kiedy szedłem, by na Wszystkich Świętych posprzątać groby – z tyłu podszedł do mnie jakiś facet. Zwrócił się do mnie nawet po imieniu: „Dlaczego tutaj chodzisz, kiedy twój ojciec leży na Łączce?". Odwróciłem się i tego faceta już nie było. Do dziś nie wiem, kim był – wspomina. W wersję z wywiezieniem komandora Mieszkowskiego do Rosji rodzina w miarę upływu czasu przestała wierzyć. Maria Leśnikowska też długo nie mogła się pogodzić z tym, że jej tata nie żyje. Niby wiedziała, że został rozstrzelany. Ale dziecko myśli magicznie. Wydaje mu się, że ojciec musi gdzieś być. – Pamiętam dokładnie, jak go symbolicznie pochowałyśmy – wspomina. Na Łączkę po raz pierwszy poszły w 1958 r. Po rehabilitacji nad panią Leśnikowską zlitowała się sekretarka jednego z dyrektorów departamentu Ministerstwa Sprawiedliwości. Wyszła za nią na korytarz i powiedziała, że po 1948 r. skazani byli chowani na Powązkach, na Łączce. Pojechały więc na Powązki i spotkały grabarza. – Poszedł z mamą i kolejno wskazywał miejsca pochówków według lat. Mówił: „Tu jest 1949, tu 1950, tu 1951"... Mama zapytała: „To gdzie mógł być mój mąż pochowany?". Pan wskazał miejsce. Tam było wysypisko śmieci, kupy, papiery toaletowe. Potem wraz z uczniem przywiozła i postawiła w tym miejscu krzyż. A po tabliczkę z nazwiskiem do zakładu pogrzebowego wysłała córkę. – Odebrałam ją, przeczytałam imię, nazwisko, świętej pamięci. I zrozumiałam, że mój ojciec nie żyje. Przez całe lata przychodziłyśmy na ten symboliczny grób – mówi Leśnikowska. Nie miała problemu z dostaniem się na studia prawnicze i dziennikarskie. Choć do dzisiaj zastanawia się, czy to przypadek, że w obydwu komisjach zadano jej to samo pytanie: o stosunek do kary śmierci. – Mówiłam, że jestem przeciwna, bo mój ojciec padł ofiarą zbrodni sądowej – opowiada. Witolda Mieszkowskiego nie przyjęto na studia na Wybrzeżu. Odrzucono mu ten sam rysunek, który później na Politechnice Warszawskiej został zaakceptowany. – Wiedzieliśmy, mimo działania komisji rehabilitacyjnej, że odwilż to tylko zmiana stanu skupienia – mówi. Przeniósł się zatem do Warszawy i tam podjął studia. Maria Leśnikowska jako studentka prawa chciała zobaczyć miejsce egzekucji ojca. Zapisała się więc do koła penitencjarnego. – Poprosiłam naczelnika więzienia na Rakowieckiej, który mnie oprowadzał, żeby pokazał mi miejsce kaźni. Wskazał dwa. Piwnicę, która uchodzi teraz za miejsce rozstrzeliwań, i magazyn w podwórzu, który został już rozebrany. Mój ojciec prawdopodobnie zginął w magazynie. Wiele razy zastanawiała się, skąd człowiek bierze siłę, by wytrzymać fizyczny ból. Ojciec siedział w jednej celi z jej wujkiem, cichociemnym, któremu karę śmierci zamieniono w końcu na dożywocie. On opowiadał o wielogodzinnych stójkach w okratowanym oknie bez szyb, które zimą otwierano i ustawiano w nich na baczność więźniów, a potem przez wiele godzin polewano lodowatą wodą. – Zastanawiałam się wtedy: Boże, czy ja bym to wytrzymała? Nie jestem odporna na fizyczny ból. Bałabym się, że kogoś wsypię, że mogę pęknąć. Kiedy więc już po latach czytałam zeznania ojca, że był bity do nieprzytomności i nikogo nie wydał, myślałam, że to zachowanie na granicy świętości. Witold Mieszkowski – kiedy po 1989 r. przeczytał już akta sprawy – wyliczył, że jego ojciec w ciągu 26 miesięcy był przesłuchiwany 412 razy. Niektóre z tych przesłuchań trwały po 24 godziny. Śledztwo polegało na uczeniu na pamięć roli według scenariusza, który sobie wymyślił płk NKWD Antoni Skulbaczewski. Komandor nie miał złudzeń, że przeżyje. Sądzili go trzej sędziowie znani z ferowania wyroków śmierci. Do syna z więzienia wysłał tylko dwa ogólnikowe listy. – Jedna rzecz, którą powtarzam i do której się w życiu zastosowałem, to żebym tak żył, by nigdy nie mieć ani podwładnych, ani zwierzchników – mówi dziś Witold Mieszkowski. Kiedy Leśnikowska po studiach trafiła do pracy w „Kurierze Polskim", na pierwszym zebraniu zespołu redakcyjnego poznała swego kierownika. – Wacław Gluth -Nowowiejski, przedstawił się. A gdy usłyszał moje nazwisko, zapytał: „Przepraszam, czy twój tata nazywał się Tadeusz Leśnikowski? Tak. Czy Twój Tata żyje? Nie. No to siedzieliśmy w jednej celi". Wacław Nowowiejski zrelacjonował mi ostatnie godziny ojca przed rozstrzelaniem – mówi Maria Leśnikowska. Pochowam go na Oksywiu W 1992 r. Witold Miecznikowski wystąpił o ściganie prokuratora Zarakowskiego. Postępowanie wszczęto, potem się jednak ślimaczyło. Prokuratury cywilna i wojskowa podrzucały je sobie jak kukułcze jajo. W końcu sprawę umorzono. – Wielokrotnie słyszałem, że nie było woli politycznej – tłumaczy Mieszkowski. Rodzina Marii Leśnikowskiej jako jedna z dwóch miała na Łączce swój symboliczny grób. Teraz musiała więc wyrazić zgodę na ekshumację. – Nie ma już miejsca, w którym zasadziłyśmy modrzewie i przez tyle lat paliłyśmy świece, modliłyśmy się i płakałyśmy – mówi ze smutkiem. – Dla mnie grób ojca znowu się otworzył. Czuję się teraz tak jak przed przeczytaniem jego tabliczki nagrobnej wiele lat temu. Nie mogła jednak odmówić innym rodzinom. Witold Mieszkowski nie ma wątpliwości, co zrobi, jak ojca znajdą: – Oczywiście pochowam go na Oksywiu. Chcę tam wziąć zwłoki trzech komandorów. Mam zgodę rodzin. Chcę też sprowadzić gen. Unruga. Jeśli Horacy, syn generała, dożyje. Takie porozumienie zawarliśmy 20 lat temu. Wyjaśnienie Opublikowany w „Plusie Minusie" 3 listopada 2012 r. reportaż mojego autorstwa „W cieniu śmierci" wymaga pewnych sprostowań, uściśleń i uzupełnień. Ofiary czasów stalinowskich upamiętnia na powązkowskiej Łączce, zgodnie z oficjalną nomenklaturą, pomnik-mur. W reportażu użyłam zaś obiegowej nazwy „tablica". Komandor Stanisław Mieszkowski był w chwili aresztowania dowódcą Floty, a nie „marynarki". Rewizję w domu przeprowadzała zatem Informacja Wojskowa, nie zaś UB. Jego syn spotkał się z płk. Zarakowskim w gmachu Naczelnej Prokuratury Wojskowej, która mieściła się na rogu ulic Suchej i Koszykowej, nie zaś – jak błędnie podałam – na ul. Koszykowej i Szucha. Wskazując tę lokalizację miałam na myśli stojący do dziś budynek Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (obecnie Ministerstwa Sprawiedliwości), w którego piwnicach do 1954 r. więzieni byli działacze niepodległościowego podziemia. Józef Unrug był wiceadmirałem, nie zaś „generałem". Wiceadmirał to w marynarce wojennej odpowiednik generała dywizji. Mam zatem nadzieję, że słynnemu dowódcy nie uchybiłam, ale za pomyłki przepraszam.
kim byli rodzice krzysztofa mieszkowskiego